sobota, 4 czerwca 2011

163. Napotkane artykuły :) [archiwalny wpis www.patrycjaa.ubf.pl]

Kochani!
Napotkałam się w ciągu ostatnich dni na pewne artykuły, które nieco mnie zainteresowały (że tak to nazwę :P), dlatego chce się z Wami podzielić ich treścią, która jak zaraz się przekonacie jest różna. Pierwszy jest o smutnej historii pewnej kobiety
Zabrali mi dziecko, bo jestem za biedna Matczyne serce Edyty Wieczorkiewicz (35 l.) z Gdyni przepełnia tęsknota. Malutkiego Filipka (1,5 mies.) urzędnicy zabrali jej po porodzie! Była w szpitalu, gdy sąd rodzinny na wniosek pracowników gdyńskiego MOPS nakazał odebrać noworodka. Dlaczego? Bo biurokraci stwierdzili, że kobieta jest... za biedna. Zdruzgotana decyzją kobieta walczy o odzyskanie dziecka.
Edyta Wieczorkiewicz pochodzi z Sopotu, choć od dawna mieszka w Gdyni. Pracowała tu jako pomoc kuchenna, tu poznała przystojnego elektromechanika w firmie budującej statki. Wkrótce potem okazało się, że pani Edyta jest w ciąży. Ojciec dziecka – jak mówi kobieta – nie chciał się z nią związać na stałe. Poprosiła o pomoc w Miejskim Ośrodku Pomocy Społecznej w Gdyni. Otrzymała doraźny zasiłek i bony żywnościowe. Na własną rękę załatwiła 13-metrowe mieszkanko po dawnym osiedlowym sklepiku. Urządziła się tam. – Pracownice socjalne wizytowały moje mieszkanie, gdy jeszcze byłam w ciąży – wspomina pani Edyta. – Nic nie zapowiadało gehenny, jaką mi zgotują. Jedynym problemem był status lokalu użytkowego, ale kobieta chciała go przekształcić w mieszkanie, bo jest tu ogrzewanie, toaleta z bieżącą wodą i kącik kuchenny. Powoli kompletowała ubranka dla noworodka. Od życzliwych ludzi dostała kołyskę i wózek dziecięcy, miała śpioszki i pieluszki. Pod koniec marca udała się do szpitala, by urodzić synka. – 29 marca przyszedł na świat Filip. Byłam taka szczęśliwa... Niestety bardzo krótko – ciągnie swą smutną opowieść pani Edyta – Kiedy leżałam jeszcze w szpitalu, pracownicy MOPS 1 kwietnia skierowali wniosek do sądu rodzinnego o odebranie mi syna. Zrozpaczona pani Edyta mówi, że nikt jej nie dał szansy do obrony. Wszystko potoczyło się błyskawicznie. Odebrano jej dziecko już 5 kwietnia. Od tego czasu żyje tylko nadzieją, że uda jej się pokonać bezdusznych biurokratów i że Filipek kiedyś wróci do niej. – Przyjrzę się tej sprawie, bo w Gdyni pomagamy kobietom w takiej sytuacji. Na razie jednak pracownicy socjalni, którzy od dłuższego czasu opiekowali się tą kobietą, stwierdzili, że nie ma środków do zapewnienia dziecku odpowiednich warunków. Dlatego podjęli takie, a nie inne kroki – mówi Michał Guć, wiceprezydent Gdyni odpowiedzialny m.in. za sprawy społeczne. Sąd rodzinny podejmując decyzję przychylił się do opinii MOPS. „Warunki mieszkaniowe, finansowe i stan zdrowia matki nie spełniają norm przewidzianych dla osoby sprawującej opiekę nad dzieckiem” – czytamy w uzasadnieniu decyzji. – „Do czasu wyjaśnienia, czy w miejscu zamieszkania matki istnieją warunki do przebywania małoletniego [...] zabezpieczono jego dobro”. – Postępowanie zostało wszczęte z urzędu na skutek zawiadomienia MOPS. Sąd przychylił się do argumentów przedstawianych przez MOPS i skierował małoletnie dziecko do placówki opiekuńczo-wychowawczej do czasu zakończenia postępowania – tłumaczy decyzję sądu Tomasz Adamski, rzecznik sądu okręgowego w Gdańsku. Ciekawe tylko, dlaczego sąd nie wziął pod uwagę zdrowia dziecka i fatalnych skutków, które może mieć dla maluszka pozbawienie kontaktu z matką tak krótko po przyjściu na świat? Nie mówiąc już o zdrowiu psychicznym zdruzgotanej matki, której odebrano największy na świecie skarb? Zadziwiające jest też to, że w tym samym uzasadnieniu sądowym czytamy: „Jak wynika bowiem z informacji Szpitala uczestniczka (czyli pani Edyta – red.) dobrze sprawuje opiekę nad dzieckiem i jest w stanie samodzielnie się nim zająć”. Zrozpaczona kobieta zwróciła się z pomocą do Stowarzyszenia Ojcowie.pl. – Będziemy walczyć o dziecko pani Edyty, bo pracownicy socjalni i sądy często podejmują decyzje na wyrost – wyjaśnia Krzysztof Gawryszczak (52 l.), prezes stowarzyszenia. Drugi na temat nietypowego zadania z języka polskiego :P
"Ch..." w temacie wypracowania z polskiego Uczniowie I klasy prywatnego Liceum Śródziemnomorskiego z Lublina, rozmawiając między sobą, nazwali jednego z nauczycieli wulgarnym określeniem. Ktoś doniósł o tym nauczycielce od polskiego. A ta za karę zadała kilku uczniom wypracowanie pt. "Mogę nazwać kogoś ch... ponieważ...".
Temat wypracowania w pełnym brzmieniu, nauczycielka podyktowała kilku uczniom na lekcji, przy całej klasie: "Mogę nazwać drugiego człowieka ch...., ponieważ...". Uczniowie mieli napisać tekst za karę, bo - jak twierdziła nauczycielka - takie słowo padło z ich ust. Miało paść w grupie rówieśników, w szatni. Uczniowie po raz pierwszy usłyszeli o ch...? Uczniowie wyrażali wielkie oburzenie, także tym, że nauczycielka "dosłownie" cytowała wulgarne słowo. - Ona po prostu zacytowała dosłownie to słowo. Pod wpływem emocji taki sam temat zadała. Myślę, że dla każdego z nas to było szokiem - mówi Marlena, uczennica I a, która była wtedy na lekcji. Wśród tych, którzy dostali do napisania kontrowersyjne wypracowanie był Jacek (imię zmienione). - Byłem zszokowany, a najbardziej rodzice, gdy pokazałem im zeszyt - mówi. Od początku twierdził, że wulgarnego słowa nie użył i jest karany niesłusznie. - Nikt nie chciał nas słuchać - dodaje jedna z uczennic. Jacek przyznaje, że już nawet myślał, co miałby w takim wypracowaniu napisać, ale szczegółów zdradzać nie chce. Co na to szkoła? - Reakcja nauczycielki była nieproporcjonalna - mówi dyrektor szkoły Robert Sędzielewski. Ale zaraz dodaje, że uczniowie też muszą sobie zdawać sprawę, że postąpili źle używając wulgaryzmu w stosunku do jednego z pedagogów. Zdaniem dyrektora, licealiści muszą być świadomi, że takie zachowanie im nie przystoi. Pani profesor nie chciała się z nami spotkać. Wyjaśnienia złożyła dyrektorowi. - Nauczycielka nie rozmawiając z uczniami od razu postanowiła ukarać ich dodatkową pracą domową. Podjęła decyzję w emocjach. A to nie są najlepsze decyzje podejmowane w emocjach. Szczerze powiedziawszy, był to błąd - mówi TOK FM Sędzielewski. Dyrektor rozmawiał z panią profesor. - Przyznała, że to nie było właściwe zachowanie i właściwa reakcja - mówi. Już wiadomo, że uczniowie kontrowersyjnego wypracowania pisać nie będą. - Nauczycielka się z tego wycofała - dodaje dyrektor. "Wulgaryzmy są częścią języka" Dr Jacek Bogucki, z Instytutu Pedagogiki UMCS w Lublinie, nie potępiałby w pełni zachowania polonistki z liceum. - To dobrze, że zareagowała na takie a nie inne zachowanie uczniów - mówi. Ale przyznaje, że forma reakcji mogła być inna. - Mogła to być drama, rozmowa, dyskusja, coś co trafiłoby do młodzieży - dodaje. Zdaniem pedagoga, nie jest dobrą metodą stosowanie kary w postaci pracy, jaką jest napisanie wypracowania. Dr Jacek Bogucki podkreśla też, że samo użycie wulgaryzmu w temacie wypracowania nie musi być niczym złym. - Wulgaryzmy są częścią języka i są sytuacje, gdy ich użycie jest konieczne - przyznaje. Choć dodaje, że niekoniecznie w tym przypadku. Zdaniem wykładowcy UMCS, uczniowie, którzy mówią, że są zszokowani reakcją nauczycielki, chyba trochę przesadzają. - Nie wierzę w to, że ich zszokowało to jedno słowo, bo przecież współczesna młodzież używa wulgaryzmów między sobą - dodaje. Źródło: Tokfm.pl Trzeci jest na temat pewnego wypadku. Zwróciłam na niego uwagę głównie ze względu na pewną osobę, której ciągle powtarzam, aby uważała na drodze z tym swoim skuterem :P
18-latek na skuterze przeżył zderzenie z tirem! Sebastian Listwoń (18 l.) motocyklista z Suszca może mówić o cudzie! Po tym, jak zderzył się z tirem, mógłby nie żyć! Ale dzięki refleksowi i Opatrzności Bożej jest tylko lekko poturbowany. Wszystko wydarzyło się rankiem, gdy Sebastian wyjechał na skuterku do szkoły. Gdy był na ul. Pszczyńskiej w Żorach, ujrzał jadącą z naprzeciwka ciężarówkę. Zjechała na jego pas. Widać było, ze coś złego się dzieje.
– Próbowałem odbić na pobocze, ale ten tir jechał wprost na mnie! To było tak szybko... – wspomina chłopak. – Zamknąłem oczy i uderzyłem w tira. Potem koziołkowałem w powietrzu. Pamiętam, jak leżałem w rowie, widziałem strażaków, karetkę i kierowcę tira, który krzyczał do mnie, czy żyję. Bałem się ruszyć, wszystko mnie bolało. Okazało się, że doznał stłuczenia klatki piersiowej, prawego uda i przedramienia. Ale ze skutera, który dostał za dobre stopnie w gimnazjum, została miazga! Policja ustaliła, że przyczyną wypadku była awaria układu kierowniczego w ogromnej ciężarówce. – Kierowca tira był trzeźwy – mówi Kamila Siedlarz (37 l.), rzecznik żorskiej policji. – Teraz muszę wrócić do szkoły, bo to koniec roku mam nadzieję, że średnia w III klasie technikum budowlanego będzie równie dobra, jak w gimnazjum. Kończę też kurs prawa jazdy i chyba przesiądę się do auta – mówi Sebastian. – Teraz, gdy patrzę na zdjęcia z mojego wypadku, to wierzę, że dostałem drugie życie...
Tymczasem pozdrawiam! :))


POST ARCHIWALNY Z WWW.PATRYCJAA.UBF.PL
http://patrycjaa.ubf.pl/news.php?readmore=175

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za wizytę na moim blogu. Będzie mi miło jeśli podzielisz się ze mną swoją opinią. Pozdrawiam :)