wtorek, 9 lutego 2016

Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie...


…poznaje się, a może przy okazji sprawdza się też swoich przyjaciół.
Jakoś mam takie wrażenie, że gdy potrzebuje pomocy, zwykle zostaje sama, przynajmniej w realu. Podkreślam słowo zwykle, bo oczywiście nie jest tak w każdym przypadku, jednak w tych najbardziej koniecznych sytuacjach tak to właśnie się kończy. I chyba ten fakt nie smuciłby mnie zbyt szczególnie, gdyby nie to, że zawsze jak ktoś potrzebuje mojej pomocy, staram się pomóc.
Może to kwestia braku asertywności, a może po prostu taka jestem. Lubię pomagać, lubię słuchać. I czasami jestem zbyt wrażliwa, za bardzo się angażuje, zbyt wiele wkładam serca. Tak, a później jeszcze się dziwię, że skoro tyle komuś dałam to czemu ta osoba nie potrafi się odwdzięczyć tym samym albo chociaż okazać wdzięczność. Najwyraźniej moja chęć pomocy nie chodzi w parze z właściwym dobieraniem osób wokół siebie. W sumie to nie o tym chciałam pisać, więc może wrócę do sedna sprawy.

Jako „bazę” tego wpisu posłużył mi mój wczorajszy dzień. Powrót do akademika – miejsca, w którym w pewnym momencie byłam szczęśliwa, znacznie szczęśliwsza niż gdziekolwiek indziej. I choć ta bańka mydlana pękła już jakiś czas temu, zawsze wracam tutaj z jakąś nadzieją. Wróciłam, wzięłam się za sprzątanie i w sumie ostatecznie pożałowałam, że tu jestem. Nie potrafię tutaj zebrać myśli, wszystko jakoś mnie przytłacza, włącznie z tym, co się dzieje w moim życiu. Miejsce, w którym kiedyś czułam się dobrze i w jakimś stopniu bezpiecznie stało się teraz dla mnie męczarnią. I choć właśnie tutaj jest większość mojego życia: uczelnia, nauka, książki do przeczytania, artykuły do handmade, pasje... to i tak jakoś mi źle. Może dlatego, że choć tylu cudownych ludzi z przeszłości jest w pobliżu to i tak ciągle jestem sama. Zostało tak jak było, gdy się tutaj wprowadziłam na nowy rok akademicki. Byłam w najgorszym momencie swojego życia i do tego zupełnie sama, a moi „przyjaciele” świetnie się bawili w tym samym budynku. Osoba, której zaufałam, zdążyła stracić to zaufanie, zdradzając rzeczy, które jej powierzyłam, ale biorąc pod uwagę, że to jedyna osoba, której zaufałam i tak jej potrzebowałam. Ale cóż… moje potrzeby to jedno, a rzeczywistość to drugie. Wolała ode mnie uciekać do naszych, kiedyś, wspólnych znajomych, no bo „nie wiem, co robić to wolę zniknąć ci z oczu”. Naprawdę myśl, że masz dosyć życia, a ktoś dla kogo zrobiłbyś wszystko, woli w tym czasie iść się bawić do znajomych – niezapomniane uczucie, serio, ale nie sądzę, że pozytywne, a tym bardziej, że mogłoby pomóc, przynajmniej nie mi. No ale dobra, znów zmieniam temat – czas wrócić na dobre tory. No więc siedzę sobie w akademiku, bez chęci na jakiekolwiek sensowne zajęcie. Segregacja artykułów do handmade się powiodła, a za jakieś konkretne dzieło brać mi się nie chciało, zwyczajnie nie miałam weny. Los chciał, że podkusiło mnie wyciągnąć coś z szafy. Standardowo: szafa zbyt wysoka albo ja zbyt niska – jak kto woli. Biorę krzesło, szybki zamiennik drabiny no i wdrapuje się. Efekt wprost błyskawiczny: leżę na podłodze i kwiczę. Jakoś się pozbierałam, ale moja kostka postanowiła zastrajkować. Potraktowałam ją maścią, potem bandażem i do łóżka: leżę, siedzę, leżę, siedzę. Kto się miał dowiedzieć to się dowiedział. Słyszę od znajomych mgliste „może później wpadnę”, ale cóż godziny lecą, a ja dalej sama jak palec. W jakimś sensie uziemiona, samotna i z myślami – to naprawdę kiepskie połączenie. Człowiek uświadamia sobie rzeczy, których wolałby sobie nie uświadamiać. Czarne scenariusze krążą po głowie, czuć rozczarowanie i zorientowanie się jaka jest rzeczywistość. To fakt: jesteś sama, zupełnie sama, jak zawsze, gdy kogoś potrzebujesz. Nieważne ile masz dobrych znajomych w necie (których sobie bardzo cenię, ale no… trudno zaufać komuś kogo się nawet nie widziało w realu), ilu rzekomo „życzliwych” przyjaciół. W ostatecznym rozrachunku i tak zostajesz sama. Modlitwa na jakiś czas zajęła mi myśli. Jakoś się pozbierałam, chyba dzięki temu.
Piszę do Ani, z którą znamy się już prawie 9 lat, ale przez studia widuję się praktycznie raz w roku. Tak, na nią można liczyć. Wiadomo, nie jest to to samo, co rozmowa na żywo, ale zawsze coś. Pomaga. Po chwili pisze do mnie kolega ze studiów z prośbą o pomoc. Szczerze nie miałam siły, jedyne co byłam w stanie wystukać w klawiaturze to „przepraszam, nie dziś”, ale jakoś tak wyszło, że zamieniliśmy parę zdań. I co usłyszałam? „Może Cię odwiedzić?” – było to miłe, nawet bardzo. Człowiek, z którym zamieniłam kilka zdań na żywo przez prawie 3 lata studiowania. Człowiek, który ma zawalony w sesji prawie każdy dzień tygodnia, a jednak… potrafi znaleźć czas i chęci, żeby wyjść z taką propozycją. Patrząc na godzinę i wszelkie okoliczności odmówiłam, ale mam nadzieję, że wkrótce to nadrobimy, być może dziś.
I ostatnia perełka wczorajszego dnia. Blogerka. Czytam jej bloga od dłuższego czasu, często wymieniamy się komentarzami. Prawdę mówiąc dostrzegam między nami wiele wspólnych cech i od pewnego czasu planowałam poznać ją bliżej. Natrafiła się okazja. Poprosiłam, żeby się do mnie odezwała na priv. I co? Nie musiałam długo czekać. Zamiast uczyć się na egzamin, wolała poświęcić mi czas i spełnić moją prośbą. Dziewczyna, która wie o mnie tyle, co prawie każdy czytający tego bloga, ale jednak… potrafiła poświęcić mi swój czas pomimo nauki. A ja naprawdę zdaję sobie sprawę co to znaczy nauka w sesji.
To było dla mnie wprost niesamowite. Jednak jestem szczęściarą. Jeden dzień, jedna sytuacja, a tyle poświęcenia od innych osób otrzymałam, co prawda tych daleko ode mnie, ale jednak. Grubo po północy, a ja mam w sobie tyle energii.
Ostatnio natrafiłam na pewien tekst:

Ja myślę, że mam do kogo zadzwonić/napisać.


I życzę Wam tego samego. Obyście na swojej drodze natrafiali właśnie na takich ludzi, warto pielęgnować takie znajomości. I przy okazji dziękuję jeszcze jednej osobie, o której tutaj nie wspomniałam, a która nie raz mi pomogła.


8 komentarzy:

  1. Obrazek na samym końcu jest rewelacyjny i pokazuje samą prawdę :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ludzie, bliscy, czasami nas zostawiają i to tyle. Jak pisałaś - nawet nieznajomy potrafi czasem bardziej wesprzeć :/
    olusiek-blog.blogspot.com- klik!

    OdpowiedzUsuń
  3. nie mam ani adresu, ani numeru telefony gdzie poratowałby mnie ktoś w biedzie... ale niby mam kogoś kto powie "kurwa Dola ogarnij dupę" i jakoś się żyje...

    OdpowiedzUsuń
  4. Ostatni obrazek to święta prawda: )

    OdpowiedzUsuń
  5. To dla mnie zaszczyt móc pomóc Ci w jakikolwiek sposób :*

    OdpowiedzUsuń
  6. Prawdziwego przyjaciela poznaje się w biedzie jak i z upływem czasu :) Co do migdałowego masełka, to dostępne chyba było tylko w Biedronce :/

    OdpowiedzUsuń
  7. Pati, Twoje konto na fb jest zdezaktywowane... Mam nadzieję, że u Ciebie wszystko w porządku? :(

    OdpowiedzUsuń
  8. ja już straciłam wszystkich przyjaciół. mam niby najlepszą przyjaciółkę, ale jakos juz nie potrafimy rozmawiać. mieszkamy daleko od siebie i nawet jak wpadam do rodzinnego miasta i sie spotykamy to jakos tak drętwo jest . ale i tak to moja najlepsza przyjaciolka, bo znamy sie kupę lat (jeszcze z podwórka). :)
    moze kiedys kogoś jeszcze poznam komu bede w stanie zaufać ! :)

    http://pa2ul.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za wizytę na moim blogu. Będzie mi miło jeśli podzielisz się ze mną swoją opinią. Pozdrawiam :)