Wciąż na coś czekamy...

No właśnie wciąż na coś czekamy. Zamiast realizować swoje cele od razu, wciąż odkładamy je na „lepszy” czas, na "właściwsze" okoliczności.

W poniedziałek zaczynamy oczekiwać weekendu – bo przecież będzie wolne, będzie można coś zdziałać, gdzieś pojechać, odpocząć po tygodniu, nadrobić zaległości. Gdy przychodzi w końcu weekend, to przemija on w tempie ekspresowym, a my najczęściej uświadamiamy sobie, że w sumie to nic sensownego przez ten czas nie zrobiliśmy.

Czekamy na odpowiednią pogodę. W mroźną zimę oczekujemy pierwszych, wiosennych promyków słońca. Czekamy na wiosnę, bo przecież wtedy wszystko narodzi się do życia, będziemy mieć więcej siły, może zasmakujemy odrobiny sportu. A gdy przychodzi wiosna, to w sumie przez większość czasu i tak siedzimy w domu, a nasze planowane wiosenne metamorfozy odchodzą wraz z zimowym nastrojem. Czekamy więc na lato, bo przecież będą wakacje, urlop, słońce, ale gdy tylko pojawia się kilka upalnych dni, marzymy, żeby słońce przestało tak mocno prażyć, bo trudno cokolwiek wtedy zdziałać. Czekamy, więc na lekkie ochłodzenie. I tak ciągle…

Nasi znajomi też na nas czekają albo my na nich, aż w końcu znajdziemy czas i chęci, bo przecież w tygodniu jesteśmy zbyt zajęci, przez weekend odpoczywamy, zawsze coś. Kiedyś przecież w końcu będzie wolne to się spotkamy, nadrobimy. Urodziny? Dobra okazja do spotkania, ale przecież akurat coś nam wypadło, jesteśmy zmęczeni, w telewizji leci nasz ulubiony serial albo jest za daleko, więc po co, przecież można wysłać życzenia na fejsie. A znajomi, spotkanie, poczekają.

Kino, filmy… Też czekają, bo przecież żeby coś zobaczyć to trzeba być pełnym sił, ogarnąć inne obowiązki, mieć chęci, no i najlepiej dużą miskę popcornu itd. Niech więc dalej czekają, aż uda się spełnić te wszystkie kryteria, a przecież wtedy nadrobimy na raz te x filmów.

Moje zęby czekają na wakacje, bo przecież moja ulubiona dentystka przyjmuje w moich rodzinnych okolicach i to w środku tygodnia, gdy muszę być na uczelni. Co z tego, że najpierw czekały na zeszłe wakacje, potem na ferie. Poczekają jeszcze…

Moje książki czekają aż w końcu je przeczytam, no bo przecież nie ma sensu zaczynać czytać grubej książki, skoro ma się na to tylko kilka chwil i całe czytanie przeciągnęłoby się na cały miesiąc, a kończąc ją, nie pamiętałabym już szczegółów z początku. Poczekają jeszcze, pokurzą się, może do weekendu? Świąt, Majówki?

Moje pudełka, albumy i inne pierdółki do ozdabiania też czekają, czekają na moją wenę, pomysły i odpowiednią ilość czasu, bo przecież nie ma sensu rozwalać całego grajdołka, wyciągać wszystkich potrzebnych akcesoriów, żeby za godzinę je zwijać i tak przez kilka dni. Lepiej poczekać na weekend, jakieś wolne i przez cały dzień się tym pobawić, a później posprzątać.

A zdjęcia na autografy! One to już maksymalnie długo czekają. Szukanie adresów, pisanie listów, pójście na pocztę, ech na to to potrzeba przecież mnóstwo czasu. Może w wakacje? Niech sobie jeszcze poczekają, znaczki niech znów podrożeją.

(…)

Z teraźniejszości robimy poczekalnię. Zamiast z niej korzystać, czerpać, wolimy ją w dużej mierze przeznaczać na czekanie.
Czekamy na lepszą pogodę, skończenie szkoły, weekend, zdobycie wykształcenia itd. Czas przelatuje nam przez palce wraz z naszymi planami. Mnóstwo czasu poświęcamy na odkładanie czegoś w nieskończoność zamiast po prostu to zrobić. Wciąż tracimy bezpowrotnie szansę na realizację tego, co powinniśmy właśnie teraz robić. Tracimy to, z czym zwlekamy, żeby zrobić to w tym rzekomo „lepszym momencie” niż ten, który teraz jest. Czas niestety biegnie i nie wiemy ile go nam jeszcze zostało. Życie jest krótkie, warto przeżyć je dobrze, z pasją, z czasem dla rodziny i przyjaciół. Nigdy nie wiemy, kiedy robimy coś ostatni raz, kiedy widzimy coś/kogoś po raz ostatni, kiedy szansa na zrobienie czegoś jest dla nas tą ostatnią.
Trzeba żyć tak po prostu. Czasami się poświęcić i zrezygnować z jakiejś przyjemności na rzecz spotkania z bliskimi. Czasami zarwać trochę nocy i przeczytać swoją ulubioną książkę, zobaczyć wyczekany film. Czasami wrócić padniętym po górskiej wyprawie. Ale z satysfakcją. Żyć bez zbędnego zastanawiania się, czy właśnie teraz jest ten odpowiedni moment. Działać zamiast planować.
Nasze działania powinny być jak podróż pociągiem: aby zdążyć na najbliższy pociąg, nie można odkładać w nieskończoność wyjścia z domu, analizować pięć razy iść czy nie iść, tylko po prostu zabrać to, co trzeba i pójść.

Jeśli nie dziś, to kiedy? Zacznij już teraz! Nigdy nie wiadomo, czy będzie jeszcze lepsza okazja.

Komentarze

  1. O tak!
    Zawsze na coś czekamy.
    Tak, to już jest w naszym życiu, że cżekamy...
    Na coś...
    Albo na kogoś...

    OdpowiedzUsuń
  2. Niestety tak często jest jeśli dokładnie nie sprecyzujemy naszego celu bo często nawet jeśli go wyznaczymy, ale nie odkreślimy czasu na jego wykonanie to następuje odkładanie i każda wymówka jest dobra.Zawsze więc powinniśmy przy wyznaczaniu sobie określonego celu podać datę jego realizacji. Potem wystarczy już tylko dotrzymać terminu:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Przecudowny wpis, refleksyjny... W pewnym sensie uspokoił mnie ten wpis, a tego było mi potrzeba. Masz zaraźliwy i ładny uśmiech :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo słuszne spostrzeżenia i bardzo mądre refleksje.
    Ta "poczekalnia" sprzyja też poganianiu czasu. Na mnie działają przygnębiająco rozważania oczekujących. Jakby nie istniała teraźniejszość.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja właśnie żyję według zasady carpe diem. Nie myślę o tym, co będzie jutro czy za kilka dni. Wolę skupić się na tym co tu i teraz, a reszta... sama przyjdzie :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Zdecydowanie nie warto tylko czekać, bo tak można, nie, przegapia się po prostu masę cennych momentów tu i teraz:)

    OdpowiedzUsuń
  7. Piękne zdjęcia! Czekam na mnóstwo rzeczy... Ale z uśmiechem na twarzy! :-)

    OdpowiedzUsuń
  8. Czyli, poniekąd, “carpe diem”... Odkładanie czegoś, co przyniesie korzyść dla ciała i duszy, nie wydaje się logicznym - to fakt. Myślę jednak, że chroniczne zwlekanie w podejmowaniu kroków ku wyznaczonym celom wynika z jakieś przyczyny, bo przecież dotyczy większości ludzi. Otóż każde nowe przedsięwzięcie wprowadza zmianę w harmonogramie dnia, a nawet w stylu życia, zaś zmiana prowokuje wewnętrzny niepokój. Czyli nie to, że „oczekujemy”, ale raczej guzdramy się z inicjacją reorganizacji rutyn, bowiem obawiamy się dyskomfortu, który wywoła nadchodząca zmiana. Można ten wątek rozwinąć o inny popularny lęk: łatwo zrobić coś pozytywnego dzisiaj, lecz trudno podtrzymać ten trend wystarczająco długo, by ujrzeć upragnione rezultaty. Istnieją też inne lęki, np. presja środowiska.

    Innymi słowy, epidemiczną opieszałością nie kieruje banalne lenistwo, ale jakaś obawa. W tym sensie oczekujemy na lepszą aurę, i.e. na odwagę. Stąd twierdzimy często, że do wielu rzeczy trzeba po prostu dojrzeć.

    Fajny, inspirujący wpis. Życie zaczyna się wówczas, gdy przekraczamy granicę osobistego komfortu :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Dziękuję za wizytę na moim blogu. Będzie mi miło jeśli podzielisz się ze mną swoją opinią. Pozdrawiam :)

Popularne posty z tego bloga

Nowy dzień. Nowe szanse. Nowy początek.

Po co ten blog?

Zielony koktajl orzeźwiający + lipcowe podsumowanie

Jesteś kreatorem swojego życia

Statystyka

Zakaz kopiowania treści

Prawa autorskie zastrzeżone. Ust. z dn. 4.02.1994r. Dz. U. 1994, nr 24, poz.83 Sprostowanie: Dz. U. 1994, nr 43