lutego 22, 2019

Chyłka - Zaginięcie [recenzja serialu]


Pod koniec zeszłego roku kalendarzowego na platformie player.pl zagościł nowy serial "Chyłka Zaginięcie".  Jako zagorzała fanka wszelakich seriali kryminalno-detektywistycznych postanowiłam go zobaczyć, a dziś chciałabym podzielić się z Wami moją opinią.

O czym jest serial?

Z domu państwa Szlezyngierów znika ich 3-letnia córka Nikola. Dziewczynka zaginęła bez śladu, a brak dowodów porwania powoduje, że głównym podejrzanymi są rodzice dziecka. Angelika, matka zaginionej, kontaktuje się ze swoją dawną przyjaciółką, Joanną Chyłką, która podejmuje się obrony Szlezyngierów. Dla prawniczki najważniejsza jest wygrana w procesie, jak często podkreśla: nie ma dla niej znaczenia, czy jej klienci są winni, czy też nie.
Wraz z rozwojem fabuły, na światło dzienne wychodzą rodzinne tajemnice i kłamstwa rodziny Szlezyngierów, które są niejednokrotnie dużym zaskoczeniem dla Chyłki i jej aplikanta, Kordiana Oryńskiego. Z czasem niewinność rodziców staje się coraz bardziej wątpliwa.

Książka nigdy nie będzie serialem, serial nigdy nie będzie książką

Z serii książkowej o Chyłce miałam przyjemność przeczytać Testament, czyli siódmą część. Książka trafiła do mnie przypadkowo, więc przed przystąpieniem do lektury, nie wiedziałam o istnieniu wcześniejszych części. Nie czytałam Zaginięcia, ale planuję to obowiązkowo nadrobić.
W miarę możliwości, jeśli istnieje serial bądź film na podstawie książki, to lubię najpierw zobaczyć, a dopiero później przeczytać. W adaptacjach wiele wątków, sytuacji, szczegółów jest pomijanych, a książka zawsze idealnie uzupełnia mi te luki.

Zdaję sobie sprawę, że ten serial może być kompletną klapą w oczach czytelników książki Remigiusza Mroza. Dlaczego? Ponieważ papieru nie da się nigdy w 100% przełożyć na obraz. Telewizja rządzi się swoimi prawami, a serial to niewątpliwie kompromis pomiędzy skrótowością, a przekazaniem pełnego obrazu z książki.
Tutaj warto jednak sobie uświadomić, że zadaniem serialu nie jest zastępowanie książki, a przedstawienie historii w innej formie. Czytając, cała historia kreuje się w naszych głowach, dzięki wyobraźni, która jest oryginalna dla każdego z nas. Gdy oglądamy serial na podstawie książki, to tak naprawdę porównujemy naszą wizję z wizją reżysera. Każdy ma inną wyobraźnię, więc zawsze komuś coś nie będzie pasować.

Co mi się podobało?

Bardzo dobry dobór aktorów. Obraz z mojej wyobraźni pokrył się prawie idealnie z tym, jaką Joannę zobaczyłam na ekranie. Silna kobieta z trudną przeszłością, bardzo wyrazista i piękna. Zawzięta i bezkompromisowa prawniczka z renomowanej kancelarii Żelazny & McVay, która nigdy nie odpuszcza. Cięte riposty, ostre poczucie humoru. Cielecka pasuje do tej roli idealnie. 

Kordian Oryński - cieszę się, że został w tej roli obsadzony mało popularny aktor. Choć jestem pewna, że o Filipie Pławiaku na pewno jeszcze wiele usłyszmy. Myślę, że odbiór tej postaci byłby gorszy, gdyby w tej roli pojawił się znany aktor, mający w swoim dorobku bardzo wyraziste role, bo często podświadomie kojarzymy aktora z wcześniejszymi produkcjami. Filip znakomicie odnalazł się w roli nieśmiałego studenta prawda, któremu Joanna szybko pokazała, gdzie jego miejsce.

Serial cechował się bardzo dynamiczną akcją. Dialogi były w porządku, choć wydaje mi się, że mocno okrojone ze względu na potrzeby telewizji. W każdym razie miejsca na nudę nie było.

A co mi się nie podobało?

Według mnie ilość odcinków była zbyt mała. Przez ten brak czasu zabrakło mi trochę lekkości, takiego wprowadzenia w akcję i stopniowego budowania napięcia. Mam wrażenie, że to właśnie z tego powodu było kilka niedociągnięć, na szczęście niezbyt rażących.

Nie jestem znawcą prawa, ale często oglądam/czytam pozycje kryminalno-detektywistyczne i tutaj odnoszę wrażenie, że niektóre kwestie związane z prawem były nieco oderwane od realiów. Chociażby akt oskarżenia w kilka dni, w momencie gdy jeszcze nie zakończono postępowania prokuratorskiego.

Świetni aktorzy. Bestsellerowa powieść. Zdolny reżyser. Czy to wystarczyło, aby stworzyć dobry serial?

Moim zdaniem tak. Ten serial to zawiła logicznie, ale jednocześnie spójna zagadka kryminalna, pełna zwrotów akcji. Fabuła jest wciągająca, a mazurskie krajobrazy w tle pięknie dopełniają całość. Każda produkcja ma swoje wady, tutaj były one znikome.
Wszystko wskazuje na to, że jesienią będziemy mogli zobaczyć kontynuację serialu: Chyłka - Kasacja. Jestem bardzo ciekawa tego sezonu!

Widzieliście/czytaliście? Jeśli tak, to z chęcią poznam Waszą opinię.
Pozdrowienia!

lutego 15, 2019

Powrót: gdy po 9 latach rzucasz swoją pasję...

Patrycja Guzek

Pierwsza wersja tego wpisu powstała dokładnie miesiąc temu, w środku nocy, siedząc przy grzejniku z kubkiem herbaty i laptopem. Niektóre słowa, jak widać, muszą trochę przeleżeć, zanim ujrzą światło dzienne.

Prawie dekada blogowania - wydawało mi się, że po takich czasie, już nic nie będzie w stanie spowodować rezygnacji z tego miejsca. A jednak... 
Po ponad 9 latach postanowiłam zamknąć tego bloga ot tak. Może niedosłownie. Powodów nazbierało się wiele, jednak przyszło mi to naturalnie, bez żalu. Klik w opcję "blog prywatny, dostępny tylko dla autora" i koniec.

Dlaczego?

Po prostu nadszedł ten czas beznadziei, ciemne chmury spowiły moją przestrzeń. 
Wiele spraw w moim życiu runęło niczym domek z kart. Konkretnie te sfery, które były dla mnie bardzo ważne albo stanowiły sporą część mojej egzystencji. Mogłoby się wydawać banalne, ale z czasem spowodowało to ogromne poczucie zniechęcenia i brak mocy sprawczej. Bezsilność wyssała wszystko. 

Nie poradziłam sobie z tym. Choć niesamowicie mocno się starałam, wręcz usilnie wmawiając sobie, że przecież nie ma tego, co by na dobre nie wyszło. Ale fakty są takie, że nie poradziłam sobie z tym. Tak zwyczajnie po ludzku. Spadałam w dół, zatracając się w tej rozpaczy, nie potrafiąc jakoś odbić się od dna, ciągle gdzieś tam błądząc.

Myślę nawet, że w jakimś stopniu stałam się kimś, kim nigdy nie byłam i nie chciałam być. I jakkolwiek to zabrzmi, nie wstydzę się tego, ale żałuję, że trwało to tak długo.

A ten blog...

to miejsce, które zawsze chciałam, aby kojarzyło się z ciepłem i dobrymi emocjami, ale jednocześnie było autentyczne. Nie miałam siły sklecać literek, pisać o rzeczach pozytywnych, nakłaniać do optymizmu, gdy po prostu nie było to spójne z moim stanem. Nie umiem pisać z przekonaniem o czymś, a jednocześnie robić coś zupełnie przeciwnego w swoim życiu. Zwyczajnie nie potrafię pisać o czymś, w co sama nie wierzę.

W tym wszystkim szalę goryczy przelało jednak to, że w oczach ludzi posiadanie bloga odbierało mi prawo do złego samopoczucia. "Przesadzasz, inni mają się gorzej. Popatrz jakie masz fajne życie, ile osiągnęłaś. Masz bloga, bla bla bla."
Przesadzasz - przesadzać to ja mogę, co najwyżej warzywa w ogródku.
Inni mają się gorzej - oczywiście, że tak. Ale czy to oznacza, że ja nie mogę czuć się źle?
Masz bloga i inne osiągnięcia - szkoda, że nikt nie zapytał, czy te rzeczy, choć trochę mnie uszczęśliwiają. Tak, mam bloga, na którego wpis ostatni raz napisałam x miesięcy temu. Bloga, który raczej przypomina wrak Titanica niż to czym powinien być. Tak, może mam też tytuł inżyniera, udzielam się tu i ówdzie. Ale co z tego, jeśli nie to było moim marzeniem i życiowym celem?

Odpuściłam, więc bloga i te inne pierdoły, które sztucznie zapychały mi czas. Nie poczułam żadnej różnicy, z wyjątkiem tego, że  przestałam słyszeć od innych: "Masz bloga (…)."

Pozytywne nastawienie też chyba może być szkodliwe...

Zawsze byłam tą cholerną optymistką. Nigdy nie lubiłam emanować smutkiem na zewnątrz, nieustannie próbując dostrzegać światełko w ciemnym tunelu. Wyrobiłam sobie opinię tej silnej i samodzielnej. Może dlatego nikt z tych, którzy wiedzieli, co się dzieje w moim życiu, nie potrafił uwierzyć, że ja serio tym razem straciłam swoje skrzydła.

To jest taki moment, w którym po prostu chciałoby się usłyszeć: no jesteś w dupie, masz prawo czuć się źle, ale posiedzę tu z tobą, wezmę cię za rękę i znajdziemy rozwiązanie.

Wszystko to tylko słowa...

Zawsze mówię: trudno pisać o swoich doświadczeniach, uczuciach. Trudno, bo słowa je pomniejszają. Trudno nadać im realny sens i wydźwięk, aby obcy ludzie byli w stanie zrozumieć, co tak naprawdę Ci się przydarzyło i jak to rzeczywiście wpłynęło na twoje życie.
Cały ten wpis to za przeproszeniem taki ból dupy i użalanie się nad sobą, wiem. Ale najwyraźniej tego właśnie potrzebowałam. 

Czas więc przejść do sedna tego wpisu: wracam.

Bo kurcze nie chce trwać w tej dziwnej nicości. Ten stan nijakości jest bardzo męczący. A wydaje mi się, że w tym miejscu mogę na nowo znaleźć siebie i swoje pasje.

Nazwa tego bloga nie jest przypadkowa. Sercem, pasją, marzeniami - tak pisałam swoje życie, to je zawsze wypełniało.

Życie nie raz powala nas na kolana. Ale to głównie od nas zależy czy tam się zatrzymamy, czy też podniesiemy się i wrócimy silniejsi, mądrzejsi na drogę, którą chcemy podążać.
Ja właśnie staram się wstać i odnaleźć tą zagubioną, dziecięcą radość z reklamy Wedla.

Przygarniam dobrą energię w każdej postaci, dziękuję 💋
Do napisania wkrótce!
Copyright © 2014 Sercem i Pasją pisane Marzenia , Blogger