Święta tuż, tuż. Ten rok mija mi wyjątkowo szybko. Gdzieś w głowie mam wiele pomysłów na wpisy, często piszę je sobie w głowie, ale jakoś brak wystarczającej motywacji, aby przenieść to wszystko na klawiaturę.
…poznaje się, a może przy okazji sprawdza się też swoich przyjaciół. Jakoś mam takie wrażenie, że gdy potrzebuje pomocy, zwykle zostaje sama, przynajmniej w realu. Podkreślam słowo zwykle, bo oczywiście nie jest tak w każdym przypadku, jednak w tych najbardziej koniecznych sytuacjach tak to właśnie się kończy. I chyba ten fakt nie smuciłby mnie zbyt szczególnie, gdyby nie to, że zawsze jak ktoś potrzebuje mojej pomocy, staram się pomóc. Może to kwestia braku asertywności, a może po prostu taka jestem. Lubię pomagać, lubię słuchać. I czasami jestem zbyt wrażliwa, za bardzo się angażuje, zbyt wiele wkładam serca. Tak, a później jeszcze się dziwię, że skoro tyle komuś dałam to czemu ta osoba nie potrafi się odwdzięczyć tym samym albo chociaż okazać wdzięczność. Najwyraźniej moja chęć pomocy nie chodzi w parze z właściwym dobieraniem osób wokół siebie. W sumie to nie o tym chciałam pisać, więc może wrócę do sedna sprawy.
Chciałabym Wam polecić pewien film. Trafiłam na ten tytuł zupełnie przypadkiem, przejrzałam jego oceny, recenzje. Postanowiłam go zobaczyć. Byłam ciekawa, co w tym filmie jest takiego szczególnego, że jest tak wysoko oceniany. Szczególnie, że na pierwszy rzut oka nie wzbudził we mnie jakiejś fascynacji. Może to dlatego, że średnio przepadam za filmami, których akcja ma miejsce w czasach wojennych czy powojennych. Trudno mi to sensownie wyjaśnić, mam po prostu jakiś wewnętrzny opór do oglądania takich filmów, nawet jeśli po obejrzeniu stwierdzam, że był bardzo ciekawy tak jak chociażby „Chłopiec w pasiastej piżamie”.
Przed nami kolejny rok. Czy będzie lepszy czy gorszy trudno powiedzieć. Zalewamy się wzajemnie jak najlepszymi życzeniami. Tworzymy magiczne listy z postanowieniami. Co z tego wszystkiego wyniknie? Nowy rok jest dla nas niewątpliwie zachętą do zmian, tylko czy ten czynnik jest wystarczający, aby osiągnąć zamierzone cele? Myślę, że to wszystko zależy od nas. Trudno z dnia na dzień zmienić cokolwiek. Czas między starym, a nowym rokiem bywa dla nas czasem refleksji. Widzimy, że coś się kończy, coś się zaczyna. To chyba taki mały kopniak motywacji. Nieraz sobie coś postanawiałam i często bywało tak, że nie udało mi się później tego zrealizować w 100%. Obiecywałam sobie różne rzeczy. Od poświęcania więcej czasu na odpoczynek, przez więcej myślenia o sobie, systematyczne ćwiczenia, zdrowe żywienie, po realizacje takich czy innych marzeń.
Święta minęły, dużymi krokami zbliżamy się do końca tego roku. Chyba się starzeję… jakoś nie czuję już tej magii świąt jak kiedyś. Może to kwestia tego, że to był dla mnie trudny rok. Dużo się działo – dużo dobrego, dużo złego. Na pewno te wszystkie doświadczenia w jakimś stopniu zmieniły mnie, mój świat i moje poglądy. I to chyba był efekt tego wszystkiego.
Długo się zbierałam, żeby coś tutaj skrobnąć. Zawsze coś stawało na przeszkodzie: albo brak czasu, albo brak weny, albo po prostu jakoś się nie składało... Właśnie wróciłam z pasterki. To niewątpliwie mój ulubiony element świąt. W moim parafialnym kościele jest to niezwykłe wydarzenie. Wyjątkowo uroczysta atmosfera, oprawa muzyczna i ta radość płynąca ze wszystkich ludzi dookoła. Tam po protu nie da się smucić, wszystkie troski i zmartwienia uciekają gdzieś daleko. Za każdym razem wracam do domu z uśmiechem, pełna szczęścia i nadziei. Co więcej chciałabym się tymi emocjami podzielić z Wami i całym światem. Pozytywna energia wręcz mnie rozpiera tak bardzo, że nie mam ochoty kłaść się spać, aby jej nie stracić.
W lipcu moja mama obchodziła swoje 40-ste urodziny. Z tej okazji postanowiłam przygotować dla niej upominek. Na pewno mniej spektakularny i czasochłonny niż w zeszłym roku, ale efekt całkiem zadowalający.
Myślę i myślę... Czy można się przyzwyczaić do samotności, braku szczęścia aż tak, by mając wszystko o czym się marzyło, czuć nadal pewnego rodzaju hmn...pustkę? Strach przed zdobywaniem szczytu swoich marzeń, które w przeszłości tkwiły nieustannie w głowie? Chęć schowania się w tej swojej pustelni? W swojej samotności? Tęsknocie? Szarej, smutnej rzeczywistości? To chyba możliwe...
Był nawet moment, w którym myślałam, że już nigdy tutaj nie wrócę. Jakoś tym razem rzeczywistość okazała się być bardziej fascynująca niż ten skrawek Internetu, blogosfery. Poznało się nowych ludzi, zaczęło się inaczej spędzać wolny czas, trochę jakby hmn... nowe życie? Chyba tak to można śmiało ująć. Poza tym wakacje... Moment odpoczynku od wszystkiego, nawet w jakimś stopniu pasji, o ile mogę jeszcze tak nazwać blogowanie. Ta okazja do zresetowania umysłu, odetchnięcia od wszystkiego, co jest, co było. No ale... jednak chęć dzielenia się przemyśleniami, cząstka tego "starego życia" przeważyła, aby jednak się tutaj pojawić... Codzienność upchała moją głowę niepoukładanymi myślami, które bądź co bądź powoli się w niej nie mieszczą. Może pomimo nowych okoliczności, nie da się odciąć od tego, co było?
Wydaje mi się, że trochę się zmieniłam przez ten czas, na lepsze czy na gorsze? Nie wiem, ale wiem, że na pewno będzie miało to jakiś wpływ na charakter prowadzenia bloga.