15.



W tym roku tradycyjny wpis z okazji urodzin bloga długo czekał na napisanie. Aczkolwiek!
I tak poszło szybciej niż czas oczekiwania moich okien na umycie 😂

Lista moich zaległości od powrotu z Azji mocno się piętrzy, a dokładając do tego jeszcze różne aspekty z życia codziennego, krótko mówiąc: żyłam ostatnio w dużym napięciu.

W trakcie dość spontanicznej rozmowy, która zupełnie nie miała iść w tym kierunku, uświadomiłam sobie skąd te moje zaległości wynikają - z mojego systemu wartości i priorytetów, który tak naprawdę to ja bardzo lubię.

Ze łzami w oczach stwierdziłam wtedy, że "wolę mieć dom pachnący ciastem niż sto wpisów na blogu".

Dla mnie "dom pachnący ciastem" to zbiór moich marzeń, filozofii życia.

Dom, który jest bezpieczną przystanią. Dom, do którego drzwi zawsze są otwarte. Dom, będący miejscem do budowania trwałych relacji. Dom pełen życzliwości i wsparcia. Dom, w którym są pamiątki po pięknych chwilach. Dom, w którym jest szczęśliwa rodzina i prawdziwa miłość. Dom, w którym co niedzielę piekę ciasto dla bliskich.

Taka wymarzona wizja domu.

Nigdy nie chciałam być znaną blogerką, nigdy nie myślałam o tym, żeby osiągać jakieś spektakularne sukcesy zawodowe, nigdy nie myślałam o tym, żeby robić duży hajs.
Ale odkąd pamiętam to marzyłam o tym, aby być żoną i matką, dobrą żoną i matką, a nawet bardzo dobrą. Aby tworzyć magię i dostrzegać wyjątkowość zwykłych chwil. Aby kolorować świat drobnymi życzliwościami.


Przez te kilka tygodni nie napisałam żadnego wpisu, nie umyłam okien, które naprawdę zwracały na siebie już mocno uwagę, nie wróciłam na siłownię, olewałam tańce, nie ogarnęłam zdjęć z wyjazdów, w sumie mogłabym długo wymieniać, bo nawet miałam problem ze znalezieniem czasu na umycie włosów 😅

ALE!
Odwiedzałam chwilową kalekę kolanową.
Zabrałam ze sobą swój sernik w góry.
Spędzałam czas z ważnymi dla mnie ludźmi.
Poznałam nowy sposób na zawijanie tortilli, który zmienił moje kulinarne życie.
Tworzyłam gify.
Oglądałam gwiazdy o północy na dachu.
Fałszowałam, myliłam teksty piosenek.
Piłam masowo herbatę w doborowym towarzystwie.
Jadłam owoce ze śmietaną i cukrem.
Wstałam na wschód słońca.
I zdecydowanie częściej chłonęłam zachody słońca.
Prowadziłam długie i głębokie rozmowy o życiu.
Biegałam z aparatem.
Świętowałam offline urodziny bloga.
Upiekłam bezę, którą uwielbiam.
Tradycyjnie jadłam pizzę nad wrocławskim brzegiem Odry.
Namalowałam obraz, choć nie potrafię malować.
Leżałam pod swoim ulubionym drzewem w parku.
Znów zaczęłam pochłaniać książki o związkach, relacjach i miłości.
Uczestniczyłam w warsztatach z kaligrafii.
Weszłam na drzewo, żeby zrywać czereśnie.

Byłam, trwałam i przeżywałam. Chłonęłam momenty. Robiłam to, co czułam, że chce zrobić. Nie patrząc na to, co powinnam zrobić lub to co według innych ludzi powinnam.

 
Czasami stawiamy sobie wymagania, które tak naprawdę nie są zgodne z nami, może kiedyś były, ale przestały, może tak naprawdę nigdy nie były, ale wydawało się nam, że fajnie będą pasować do naszego obrazu siebie w oczach własnych i innych.

Czasami w wirze codzienności narzucamy na siebie zbyt dużo. Szczególnie gdy z zewnątrz docierają do nas komunikaty, co powinniśmy. Dobrze się odżywiać, dbać o wygląd, uprawiać sport, dbać o siebie, dbać o innych, rozwijać się zawodowo, mieć idealny dom, koniecznie być człowiekiem wielu pasji etc. A doba ma tylko 24 godziny. 

Zarzuca się nas tymi komunikatami, sugerując, że gdy podołamy tym wymaganiom to będziemy naprawdę szczęśliwi, a nasze życie będzie piękne i interesujące.
Szczerze mówiąc nie podzielam tej definicji szczęścia. Mam wręcz wrażenie, że coraz więcej osób przez te społeczne wymagania gubi się w swoim życiu, ma coraz niższą samoocenę i brak zadowolenia z tego, co robią, bo wciąż wydaje im się, że to za mało.


Wczoraj byłam smutna, usiadłam na blacie w kuchni, patrzyłam w okno, które umyłam dzień wcześniej i myślałam o życiu. Przypomniał mi się też moment, w którym to okno było absolutnie brudne, ale patrząc w nie byłam szczęśliwa.
Lubię, gdy jest czysto, nie przepadam za bałaganem, ale ta prozaiczna sytuacja pokazuje, że porządek mi szczęścia nie daje i na pewno nie jest zbyt wysoko na liście moich priorytetów 😅


Wszystko, czego tak naprawdę potrzebujemy do szczęścia jest w nas. Mnie najbardziej uszczęśliwia tworzenie chwil, kochanie ludzi, takimi jakimi są i spędzanie z nimi czasu 💛

Welcome to Thailand - zapiski z podróży 20.03

Zapomniałam wczoraj o czymś istotnym! Mojej miejscówce, gdzie spędziłam większość nocy w Dubaju. Zdecydowanie moje ulubione odkrycie lotniskowe. Cisza, spokój i wygodne fotele, powiało luksusem.

Btw. lotnisko w Dubaju jest tak duże, że nawet jest rozpiska jednego z terminali na drugiej stronie biletu. 

Lądowanie w Bangkoku było tuż przed 19 czasu lokalnego. Szybkie ogarnięcie spraw formalnych związanych z przylotem i odebranie Elbrusa. Ten dreszczyk emocji, gdy czeka się na swój bagaż, a on tak długo się nie pojawia 😅 Czy dałabym radę, gdyby plecak zaginął w tajemniczych okolicznościach? Zdecydowanie tak, nawet na taką opcję byłam przygotowana (tak, tak sukienka była w podręcznym 😅). Ale lżej na sercu, gdy wszystko jest tak, jak być powinno.


Cele na później były proste:

  • znaleźć kantor z najlepszym kursem
  • zdobyć kartę sim w rozsądnej cenie
  • dotrzeć do hostelu (który rezerwowałam tuż przed odlotem z Dubaju)
  • i najważniejsze... jedzonko! 

Kilka miesięcy przygotowywań do podróży zaowocowały. Dobry kantor na lotnisku znaleziony - kurs lepszy o ponad 3thb/1usd. Karta sim z 30GB internetu na 30 dni kupiona za 20zł z groszami. Dla porównania te, które oferowali na hali przylotów z taką samą ilością danych i ważnością ponad 100zł.
No cóż, wychodząc z lotniska czułam się jak kobieta sukcesu 😅 To było tak proste i oczywiste, niczym tabliczka mnożenia dla mnie. Wiadomo, świat by się nie zawalił, gdybym przepłaciła za kartę, wymieniła pieniądze w jakimkolwiek kantorze. Ale no. Te proste minisukcesy mentalnie poklepały mnie po ramieniu, przypominając, że gdy wkładam w coś całe serce, angażując się całą sobą, to najczęściej przynosi efekty.
 

Złapałam metro (czy jak to oni tam nazywają 😅), później 4,5km spacerkiem w stronę hostelu. Tak, dla niektórych to masochizm, ale ja serio uwielbiam chodzić, nawet z tym plecakiem, nawet gdy jest ponad 30 stopni! Wiem, dziwne. Po drodze zaliczyłam pierwszą wizytę w 7-11 - uwielbiam ten sklep! Przed wylotem do Azji trochę zmartwiło mnie, gdy parę miesięcy wcześniej wyczytałam, że płatność kartą będzie możliwa od kwoty minimalnej ponad 20zł - ostatecznie podczas wyjazdu jakoś się do tego przyzwyczaiłam, że kartą to ja tam nie zapłacę, ale no, to było niemalże jedyne miejsce, gdzie dotychczas kartą dało się płacić 😅

Meldowanie w hostelu odbyło się bezproblemowo, kolejny sukces zaliczony. Wieki nie spałam na piętrowym łóżku, więc fajnie, fajnie! 😀


Czas poszukać jedzenia. Wybór był prosty, w sumie tym też kierowałam się wybierając hostel. KHAO SAN - z ciekawostek tłumacząc nazwę na polski: zmielony ryż. Gdy teraz o tym piszę to nawet chce mi się śmiać. Jak wylądowałam tam znienacka rok temu to doznałam szoku 😂 A teraz obrałam to jako pierwszy punkt podróży. Głównie z powodu godziny. Przylot o 19, ogarnianie formalności, dotarcie do hostelu - wiedziałam, że przed 22/23 to ja nie będę miała czasu szukać jedzenia. A ta ulica tętni życiem dopiero po zmroku i z mojej perspektywy nieskończenie długo.
Szczerze mówiąc zapamiętałam ją mniej hałaśliwie niż było. To takie miejsce, w którym człowiek nie słyszy własnych myśli 😅 Muzyka na full leci z każdego możliwego lokalu 😅 Specyficzne miejsce.

 
Ale dorwałam jakąś pospolitą miejscówkę na pierwszy posiłek, chyba przekonało mnie to, że właściciele nie mówili po angielsku, zupełnie 😅 Wybór jedzenia był prosty, doskonale wiedziałam na co czekałam i po co przyjechałam. PAD THAI Z KREWETKAMI.
 

 
W drodze powrotnej do hostelu oczywiście 7-11 i drobne zakupy spożywcze. Plan na kolejny dzień, o dziwo, miałam już w miarę gotowy, więc tym razem obyło się bez wieczornego planowania.
 
 
Wbiłam do łóżka i nie mogłam zasnąć. Dziwne, bo była środa wieczór, a ja ostatni raz normalnie spałam z niedzieli na poniedziałek. Ale to chyba efekt emocji. W głowie myśl: jestem w Azji, naprawdę jestem w Azji, dotarłam tu, dotarłam tu pomimo tylu przeciwności, poradziłam sobie.

Nawet teraz gdy zamykam oczy, wspominam tamtą chwilę, czuję dokładnie to samo 🥰

I...! Przypomniała mi się zabawna historia z Khao San. Był luty, pisałam z Patrykiem i nagle ot tak napisałam mu: Patryk, ja za miesiąc będę chodzić po Khao San Road. 
No i chodziłam! 😅

Ale czas na historię zdjęcia głównego

Rok temu stałam dokładnie w tym samym miejscu.
Po lewej stronie wyjście ze strefy przylotów, za mną kantor, z przodu stanowiska z turystycznymi kartami sim.
Absolutnie przerażona. Jak nigdy wcześniej, naprawdę.
W ciągu kilku minut spełniły się wszystkie najczarniejsze scenariusze, których nawet nie brałam pod uwagę 😅
Najbliższa osoba okazała się tą najbardziej obcą. Jakiekolwiek poczucie bezpieczeństwa zniknęło, a ja po raz pierwszy w życiu uświadomiłam sobie, że jestem w totalnie obcym świecie i mentalnie muszę radzić sobie sama, że naprawdę mogę polegać tylko i wyłącznie na sobie.

Ale w tym roku, no właśnie, w tym roku było zupełnie inaczej 🔥

Plecak czekał spakowany kilka tygodni, zanim jeszcze w ogóle kupiłam bilet 😅

I gdy stanęłam znów w tym samym miejscu wiedziałam, że muszę uwiecznić te chwilę, bo to jedna z tych ważniejszych w moim życiu.

Kilka dni przed wyjazdem dobijałam się ze łzami w oczach wynikami badań. A stając tutaj zmartwienia minęły i nigdy nie czułam się bardziej pewna siebie. Może dlatego tak mnie radowały te proste rzeczy, jak karta sim czy kantor.

Niemożliwe staje się możliwe, jeśli autentycznie na czymś człowiekowi zależy ❤️

To samo miejsce, ta sama ja, tylko tym razem wiarę w drugiego człowieka zamieniłam w wiarę w siebie i swoje umiejętności, wbrew opiniom innych🔥
 

Zapiski z podróży 19.03

 

 
Miesiąc temu... 2:10, 19.03.2024. Stacja PKP w Gliwicach - pociąg do Warszawy. Nie było to Pendolino, więc obyło się bez żadnych opóźnień 😂 Żarty żartami rok temu niemalże nie zdążyliśmy na samolot, bo zatrzymało się na 2km przed stacją i tak stało z 2 godziny - uczę się na błędach, więc nigdy więcej 😂
Pierwszy wschód słońca "na wyjeździe":


 
Postój w maku na odbiór darmowej kawy za ankietę i Elbrus gotowy na nowe przygody.


Po 13 byłam już w powietrzu, jeszcze gdzieś nad Polską, ale w kierunku Dubaju, a docelowo Bangkoku. To był początek pięknej podróży, bo tej niezwykle wymarzonej 🥰


 

(Tak, nawet była Sanah na pokładzie i moje kochane "Nic dwa razy się nie zdarza")

Jednak warto pamiętać, że:
"Szczęście jest decyzją, a nie punktem na mapie."
~ Andrew Matthews
 
Nie znajdziemy szczęścia na drugim końcu świata, jeśli sobie nie poukładamy w głowie tego, co wymaga ułożenia. Na drugim końcu świata, co najwyżej można znaleźć chwilową ulgę, zatopić się w złudzeniu szczęścia, które jest efektem fascynacji i podróżniczych endorfin, ucieczki od szarej codzienności i oderwania od prawdziwego życia.
Można wziąć urlop w pracy, ale nie da się wziąć wolnego od życia.
Takie ot drobne przemyślenia.
 
Był też pierwszy zachód słońca, który niemalże przegapiłam.


 
Lądowanie w Dubaju tuż przed północą.  
Noc spędzona głównie na lotnisku i w jego okolicach w oczekiwaniu na drugą część lotu o poranku. Minęło stosunkowo szybko, bo w towarzystwie polskich słodyczy 😅

Punkt dla lotniska w Dubaju - dając wizę, dali też jednodniową kartę turystyczną sim. Fajna opcja na dłuższą przesiadkę, gdy ktoś chce zwiedzić miasto i mieć internet pod ręką.
W moim przypadku po wylądowaniu metro było już nieczynne, więc odpuściłam zapuszczanie się w centrum miasta.
 


 


Dzień - noc typowa transferowa bez większych rewelacji. Nie licząc mojego podekscytowania początkiem wyjazdu 😅

 

Podróż z perspektywy środków transportu...

InterCity: Gliwice - Warszawa Centralna
Koleje Mazowieckie: Warszawa Centralna - Lotnisko Chopina
Emirates: Warszawa - Dubaj - Bangkok

Wydatki

Bilet IC: 39 zł
Kawa z maku: 0 zł (to jest dobra cena😅)
McMuffin: 0 zł (za punkty 😅)
Koleje Mazowieckie: 3,40 zł

Zdjęcia z wyjazdu mówią: papa!

Patrycja Guzek

Kto by się spodziewał, że pierwszy wpis z wyjazdu będzie dotyczyć utraconych zdjęć 😅

Ktoś kiedyś powiedział mi, że nie wrzuca moich zdjęć, bo one zawsze są dopiero po powrocie.
I to mnie zainspirowało do zgłębienia wiedzy, jak z mojego starego technologicznie aparatu przesyłać sobie zdjęcia na bieżąco na telefon. Gdy udało się to ogarnąć, to cieszyłam się z tego niczym dziecko na prezenty w Boże Narodzenie. Sposób toporny, nieidealny, ale w miarę działający.

Każdy dzień w Azji to była chwila na przesłanie fot na telefon, żeby przypadkiem nic nie przepadło, jeśli aparat zginie w tajemniczych okolicznościach, a przede wszystkim aby nie zabrakło miejsca na moich kartach CF, bo było ono mocno ograniczone.

Pełna fascynacji łapałam momenty Stasiem. Za każdym razem, gdy robiłam wyjątkowe zdjęcie (w moim mniemaniu😅) powtarzałam sobie “warto nieść każdy gram tego aparatu”. Z technicznego punktu widzenia branie tego aparatu na wyjazd jest średnio rozsądne - człowiek chce mieć jak najlżejszy bagaż, a tu dup foto cegła ważąca 2kg😅 Elektronika w moim bagażu ważyła więcej niż ubrania - to mówi samo za siebie🤭

W sobotę spotkałam się ze swoją przyjaciółką Karoliną i z przekonaniem mówiłam, jak to jestem zadowolona, że mam backup fot i że już nic nie zniknie, bo przesłałam wszystko z telefonu też na komputer.

Ale… No ale.. Ale w tamtej chwili nie wiedziałam jeszcze, że zdjęcia zaginęły dużo wcześniej🤦‍♀️ W skrócie - zdjęcia nadpisywały się podczas przesyłania na telefon.
4 dni prób ich odzyskania pokazały, że nie da się odzyskać tego, co utracone bezpowrotnie.

Większość super fot przepadło, a ja o dziwo nie wkurzam się na złośliwość rzeczy martwych. Naprawdę dziwi mnie mój spokój.

Dla mnie zdjęcia zawsze miały ogromną wartość. Konserwują piękne chwile, zatrzymują momenty, które umykają ulotnej pamięci.
Rok temu wyjazd bez aparatu był dla mnie totalną katastrofą. Teraz aparat to była pierwsza spakowana rzecz. Nawet miała być wystawa zdjęć z wyjazdu.

Te kadry, które zrobiłam wciąż są w mojej pamięci 🥰
Góry topiące się w pomarańczu zachodzącego słońca.
Urocze dzieci nieodstępujące nas na krok i biegnące za nami z pieskiem.
Ja siedząca z plecakiem na pustej, pozornie ruchliwej drodze, na tle pięknego krajobrazu.
Złapane kadry codziennego życia w drodze na dworzec kolejowy.
I dużo, dużo więcej.

Uświadomiłam sobie, że robiąc zdjęcie nie zapisuje się ono jedynie na karcie, a zapisuje się też w mojej głowie wraz z całym otoczeniem - obecnością ludzi, którzy towarzyszyli tej chwili, odbytym rozmowom, dźwiękami otoczenia, unoszącym się zapachem.

Magia - dźwięk migawki zapisuje w mojej głowie więcej danych niż na karcie pamięci aparatu.


Wnioski? Oczywiste…

W życiu trzeba umieć tracić. Pogodzić się z tym, że życie wciąż wiąże się ze stratami. Tak naprawdę często wybierając jedno, jednocześnie tracimy drugie. Nie da się mieć wszystkiego. Życie jest proste, ale życie to straty. Trzeba więc cieszyć się z tego, co jest, póki jest. Cieszyć się z tego, że w ogóle się wydarzyło i dbać o to, aby nie przepadło, bo nic w życiu nie zdarza się dwa razy.

Rzeczy martwe się psują, ale wspomnienia pozostają żywe.

💛

Azja 1.0


Azja 1.0 - to miał być mój pierwszy wymarzony wyjazd zagranicę w życiu. Wyczekany od ponad 10 lat dorosłego życia. Wyczekany, bo naprawdę marzyłam o tym, aby podróżować i zwiedzać różne zakątki świata, a wciąż coś stawało na przeszkodzie. Aż w końcu poznałam człowieka, z którym połączyło mnie uczucie i pasja do podróżowania - a przynajmniej wtedy tak sobie myślałam.

Na konferencjach blogerskich zawsze z zafascynowaniem patrzyłam na te pary, które wspólnie podróżują i to relacjonują. Miłość i podróże w jednym, dla mnie brzmiało to idealnie.

Kiedyś bardzo nieśmiało marzyłam o tym, aby organizować ludziom wyjazdy, inspirować do podróżowania, stworzyć takie swoje mini biuro podróży, szczególnie dla introwertyków i osób wysoko wrażliwych. Uwielbiam planować i uczyć, a pokazywanie świata innym to też taka forma uczenia. On chciał projektować plecaki. Myślałam, że możemy życiowo i podróżniczo dokonać rzeczy niesamowitych. [Myślałam - słowo klucz 😅]
Płynęłam w myślach. Moja dusza podróżnika zawsze była pełna kreatywnych pomysłów, myślałam, że znalazłam swój idealnie dopasowany puzzel.

Organizacja wyjazdu była bardzo trudna, bo mój partner wciąż zmieniał zdanie, co do terminów i mojej obecności w tym wyjeździe. Ale głęboko w sercu wierzyłam, że to ostatnie trudności przed tym, co najlepsze. Myślałam, że ten wyjazd będzie furtką do lepszego życia. Pierwszym krokiem, który rozpocznie fascynujący rozdział w życiu.
Szybko przekonałam się, że błędem było pojechanie z kimś, kto non stop zmieniał zdanie - “jedź ze mną”, “nie chce z Tobą jechać”, “jedź ze mną”, “chce jechać bez Ciebie”.

Sielskie marzenie w koszmar…

W samolocie na starcie zostałam poinformowana, że jednak nie jesteśmy razem, że będziemy po prostu znajomymi, którzy razem podróżują. Na szczęście lot był na tyle długi, że miałam czas, aby to przetrawić.

Nie jest tajemnicą, że mówienie po angielsku jest dla mnie trudne. Po prostu jestem w tym do dupy 😅Przed wyjazdem wielokrotnie o tym wspominałam, chciałam się na spokojnie przełamać przy konwersacjach z innymi podróżnikami w czasie wyprawy. Tymczasem na lotnisku usłyszałam: nie jesteśmy już w Polsce, przy ludziach mów do mnie tylko po angielsku. Zbladłam.
Jakby ktoś kto boi się pająków, został wrzucony do zamkniętej windy z pająkami przez najbliższą osobę.
Stałam przerażona na tym lotnisku, jak nigdy wcześniej. Inne miejsce. Zupełnie inaczej było między nami.

Wciąż słuchałam zakazów/nakazów - jesteś niedoświadczona, ja wiem lepiej.
Tego nie jedz, tego nie pij, ale ja będę jeść robaczki, bo ja mogę.
Nie bierz rzeczy, które są dla Ciebie ważne, zminimalizuj bagaż, ale ja wezmę rzeczy, które są ważne dla mnie.
Nie bierz odżywki do włosów, ale ja wezmę całą tubkę kremu do twarzy.
Nie mogłam dotknąć jego kapelusza, gdy chciałam na stole zrobić miejsce na talerze.

Czułam się, jak piąte koło u wozu, gdy mój partner nawet nie chciał sobie zrobić ze mną zdjęcia, tylko strzelał sobie selfiki, a gdy robił zdjęcie piwa, to celowo odsuwał moje rzeczy z kadru i robił tak zdjęcie, żeby mnie nie było widać ani moich rzeczy.

Nie miałam wpływu na to, co zwiedzamy, ale na każdym kroku słyszałam - ja już tutaj byłem, jesteśmy tu przez Ciebie, więc bądź wdzięczna, że tracę tutaj czas, bo gdyby nie Ty to byłbym gdzieś indziej.

Myślałam, że wieczorami będziemy snuć rozważania o życiu, chłonąć miejsce, poznawać ludzi, tymczasem patrzyłam na człowieka z nosem w telefonie przy każdym posiłku, każdego wieczora.
Czułam się niewidzialna i niepotrzebna.

Słuchałam, że sama bym sobie na takim wyjeździe nie poradziła, że jestem zbyt słaba, że nie umiem języka i jestem kobietą. Chłonęłam to, jak gąbka. Czując coraz mocniej jak bardzo jestem beznadziejna, nieudolna, zbędna.

Pod prysznicem topiłam łzy i zbierałam siły, żeby jakoś przetrwać kolejny dzień, żeby nie stracić w sobie tej umiejętności cieszenia się z drobiazgów i nadziei, że ten kolejny dzień może być piękny.

Naprawdę musiał minął niemalże cały rok, żeby dotarło do mnie, jak zbędna i pomijana była moja obecność i zrozumienie tego, że było tak, nie dlatego że jestem niewystarczająca, a po prostu dlatego, że akurat dla tego człowieka nie byłam nikim ważnym.

Blogerskie pomysły zgasły jak zapałka

Wiecie, jak to wieloletnią blogerkę przystało chciałam relacjonować nasz wyjazd. Kupiłam specjalnie nowy obiektyw do aparatu, chciałam uwieczniać piękne miejsca i chwile. Kręcić filmiki z miejscówek, w których śpimy, iście z plecakami, jedzonko, które jemy, czy miejsca, które zwiedzamy. Po powrocie miałam robić wystawę swoich zdjęć w jednej z zaprzyjaźnionych kawiarni. I zanim gdziekolwiek wyjechaliśmy to usłyszałam, że mam zostawić aparat w domu, że nie ma opcji, abym brała go ze sobą na tego typu wyjazd.
Gdy byliśmy na miejscu i zaczęliśmy kręcić jeden z filmików z mojej wizji to jedynie słyszałam: ej, ale to jest tylko do nas, nie publikuj tego nigdzie.

No właśnie, każdy mój pomysł był wyśmiewany, krytykowany, pomijany. Nagle teraz ten sam człowiek te pomysły realizuje sam ze sobą.
Najpierw siedziałam płakałam z niedowierzaniem powtarzając w swojej głowie: SERIO?
Usłyszałam mój charakterystyczny tekst na powitanie, patrzyłam na nagrania, które były absolutnym przeciwieństwem tego, co słyszałam rok temu, na tworzenie iluzji. Wspomnienia z wyjazdu wróciły bardzo wyraźnie. Rok temu wyrzuty pod moim adresem, teraz urocze filmiki z oprowadzaniem po tych samych miejscach i komentarzach, jak to tutaj można spędzać czas godzinami i się relaksować.

Potrzebowałam roku i zobaczenia, jak teraz chętnie integruje się co wieczór z ludźmi, chilluje z nimi, robi to, co ja chciałam robić z nim rok wcześniej, żeby dotarło do mnie, jak bardzo tamtego wyjazdu mnie tam nie chciał i jak ślepo wybaczałam niezbyt fajne traktowanie, słuchając: “taki jestem, akceptuj mnie”.

Uświadomiłam sobie po raz pierwszy w życiu, że naprawdę są ludzie, którzy podcinają skrzydła drugiemu człowiekowi  i zniechęcają, tylko po to, żeby kopiować inspiracje. Moje pomysły musiały być naprawdę spoko, skoro teraz tak chętnie z nich korzysta 😅

Kilkadziesiąt stron notatek z wyjazdu, kilka zmontowanych filmików ze zdjęć, które bałam się opublikować, bo przecież potwierdzałam, że to będzie tylko dla nas. Z ulgą kliknęłam dziś "usuń".
Zostawiłam kilka surowych zdjęć i nagrań. To jeden z tych filmików, który miał nigdy nie ujrzeć światła dziennego. Chyba pierwszy raz w życiu łamię dane słowo. Ale szczerze? W tym momencie nie czuję wyrzutów, nie po tym wszystkim.

# blogger pięknie ściął jakość, zmienił format 😅 filmików na blogu nie będzie 😅#


Azja 1.0 okazała się cenną lekcją. Nigdy nie czułam się bardziej samotna, opuszczona, niechciana, jak wtedy. 10000km od domu i wszystkiego, co znajome. Psychicznie wyjazd dobijający. Podróżniczo otworzył mi oczy i uświadomił jeszcze silniej pragnienie podróży.
Cały rok unikałam tematu Azji, co dziwiło wszystkich, którzy wiedzieli, jak bardzo mi zależało na tamtej podróży. Dziś pierwszy i zarazem ostatni komentarz w tej kwestii.
Z perspektywy czasu cieszę się jedynie z wyciągniętych wniosków.

Prawdziwy podróżniczy falstart 😅

PS. Dziś w kalendarzu Przekroju - Dzień przeciwko Cenzurze Internetu 🎉

Spojrzenie z góry. Archiwum Wandy Rutkiewicz


W styczniu miałam okazję wybrać się do Muzeum Śląskiego. Tym razem swoją uwagę skupiłam na wystawie czasowej "Spojrzenie z góry. Archiwum Wandy Rutkiewicz".

Wanda Rutkiewicz z wykształcenia inżynier elektronik, wybitna polska himalaistka, a także uzdolniona fotografka. Była pierwszą kobietą, która stanęła na szczycie K2. Pierwszą Polką, która zdobyła Mount Everest. Charyzmatyczna i zdeterminowana, była pionierką w promowaniu roli kobiet w górach.

Dokumentowała swoje wyprawy, sprzedawała fotografie, przygotowywała prelekcje. Była autorką wielu artykułów i filmów dokumentalnych.

Zaginęła podczas wyprawy na Kanczendzongę.

Wystawa składa się z 35 niepublikowanych fotografii, które zostały wykonane podczas wypraw. Zdjęcia i negatywy zostały odnalezione po 30 latach od jej śmierci.

Postać Wandy Rutkiewicz poznałam przypadkowo, trafiając kiedyś w sieci na jeden z jej cytatów. 

Trochę mnie rozbawiły te podobieństwa między nami -  też skończyłam elektronikę, też lubię góry, też lubię robić zdjęcia. Co prawda nie na tak wielką skalę, jak ona, ale jednak...

Gdy tylko dowiedziałam się o tej wystawie, wiedziałam, że muszę to zobaczyć. Imponuje mi jej odwaga i determinacja, a wystawa przypomniała o tym, że zdjęcia nie muszą być idealne - mogą być zaszumione, niewyraźne, ale i tak zachowują wspomnienia i to jest właśnie cała magia fotografii.

Wystawa jest dostępna w Muzeum Śląskim w Katowicach, ul. T. Dobrowolskiego 1 (przestrzeń wystaw czasowych na poziomie -4) do 23.06.2024.

Pani Miłość

Walentynki - jakieś takie zupełnie inne. Tego dnia dużo myślałam o Miłości. Postanowiłam część tych myśli zakonserwować w postaci słowa pisanego.

Od kilku tygodni chodził za mną ten cytat:

Miłość zaczyna się wtedy, kiedy oprócz tych wszystkich cudownych, przepięknych rzeczy nagle patrzymy na kogoś i widzimy: tutaj nędza, tam nędza, tam jakaś słabość, tutaj jakiś egoizm, tu coś totalnie nie gra, tam w ogóle jest coś, z czym nie wiem jak żyć. I w momencie kiedy w nas powstaje taka decyzja, że kocham tę osobę z tymi słabościami i będę z tymi jej słabościami szedł przez życie, i będę jej próbował w tych słabościach pomóc, dopiero tutaj zaczyna się miłość.
~ Adam Szustak

Jeden z moich ulubionych o miłości.

Związki nie są idealne. W końcu składają się z dwóch nieidealnych elementów ludzkich. Nie da się znaleźć osoby idealnej dla siebie.
Ja to zawsze czułam tak, że warto być z kimś, kto idzie w tym samym kierunku - idziemy w tym samym kierunku, postanawiamy sobie w tej drodze pomóc, ułatwić, być dla siebie wsparciem, dać sobie wzajemnie to, czego człowiek sam sobie nie jest w stanie dać.

Człowiek miłości uczy się całe życie, a o więź i relacje trzeba dbać nieustannie.

Czytając kiedyś książkę "Mity o miłości. Kłamstwa i prawdy o związkach i partnerstwie" natknęłam się na fragment, w którym było napisane, że ludzie często rezygnują z walki o związek, bo nie są w stanie urzeczywistnić ideału związku stawianego nam przed oczami. Według mnie coś w tym jest idealizacja miłości może sprawiać, że wydaje się nam, że relacje, które tworzymy są nijakie, choć tak naprawdę są po prostu rzeczywiste.

Jednak to co mnie najbardziej urzekło w tej książce to temat niedoskonałości. Każdy w posagu wnosi samozwątpienie. W świetle ideału miłości zawsze jesteśmy "niewystarczający":

Wchodzilibyśmy w związki w ostatnim kwartale życia, gdybyśmy chcieli mieć wystarczającą miłość i akceptację do siebie samych.

Kolejnym aspektem, który był poruszony w tej książce było silne dążenie do indywidualizacji w naszym społeczeństwie:
Dąży się do indywidualizacji, a co za tym idzie wytworzenia większego dystansu między partnerami. Dlatego ważne jest ćwiczenie "oddania" - samorealizacja poprzez samorezygnacje.
Bezwarunkowo wchodzi w świat drugiego spełniając jego wizję i jest się miło rozczarowanym.

(Spojrzenie w notatki z tej książki było "błędem" - masa inspiracji do kolejnych przemyśleń 😅 Ale tak tutaj jeszcze zostawię kilka cytatów z niej zaczerpniętych i uznam wątek książki chwilowo za zakończony 😅)

Niestabilność dzisiejszych związków nie jest rezultatem rozpadu więzi czy niezdolności do życia w związku, jest konsekwencją nadawania wysokiej rangi osobistemu szczęściu w związku i wysokich wymagań co do jego jakości.
Nadmierne wymagania ograniczają trwałość związku. Winę za to ponosi głównie współczesna idealizacja życia i związków.
Jednostka nie chce się wyzwolić z zamknięcia w sobie, w swojej świadomości, w swojej samorealizacji, w swoim ja.
Warto opowiadać o swoich marzeniach i celach, aby poszukać wspólnych mianowników i z tych różnic wydobyć coś wspólnego dla związku. W związku powinno się porzucić chęć dominacji własnych planów. Ceną związku jest częściowa rezygnacja z samorealizacji.

Kryzysy w związku są nieuniknione i konieczne. Są najbardziej skutecznym mechanizmem regulacji związku. Niekontrolowane zachowania dają dostęp do nowych doświadczeń, a co za tym idzie rozwoju.

Samorezygnacja - kiedyś dogłębnie jej doświadczyłam. I w gruncie rzeczy uważam, że to była najpiękniejsza rzecz, jaką zrobiłam w swoim całym życiu uczuciowym.

Uwielbiam dzieci. Całe życie snułam plany o założeniu rodziny. Tak naprawdę rodzina i podróże to zawsze były moje dwa największe marzenia.
Kiedyś zakochałam się w kimś, kto nie mógł mieć dzieci. To samo w sobie mnie aż tak bardzo nie przeraziło. Dopiero to, gdy powiedział "nie chce mieć dzieci" - jedno zdanie, kto wie, może nawet przypadkowe, ale mnie wtedy zmiotło. Byłam zrozpaczona. Nie wiedziałam, co mam robić, w jaką stronę powinnam iść. To uczucie było bardzo świeże, więc zastanawiałam się, czy odejść, zanim wyjdzie z tego coś bardziej poważnego, czy zostać.
I w końcu dotarło do mnie, że nie chce być zamknięta w pudełku swoich przekonań. Zaczęłam dopuszczać do siebie myśl, że może tak naprawdę wcale nie potrzebuję tych dzieci do szczęścia? Może po prostu tak się trzymam tego od lat, a rzeczywistość byłaby zupełnie inna. Uświadomiłam sobie wtedy, że chce się otworzyć na tę miłość i poznać ten inny świat. Świat, w którym może coś mnie pozytywnie zaskoczy. W pełni świadomie, bez żalu zrezgynowałam z tego, co przez prawie całe życie utożsamiałam ze sobą. Samorezygnacja. Z perspektywy czasu nie żałuję tej próby. Nasza relacja się rozpadła, ale z zupełnie innych powodów.
W moim mniemaniu było to dla mnie takie największe miłosne wyzwanie. Samorezygnacja, która przyniosła mi ulgę i poczucie wolności.

Życie jest zaskakujące i momentami mocno nieprzewidywalne. Z miłością jest bardzo podobnie... Ma swoją cenę, ale daje też coś wyjątkowego. 

 

Wczoraj w moim kalendarzu pojawił się taki cytat:

Gdzie jest miłość, tam jest życie.
~Mahatma Gandhi
Tak. Po prostu TAK. Zastanawiałam się i nie wiem, czy tak naprawdę kiedykolwiek mocniej czułam, że żyję niż właśnie wtedy, gdy kochałam.

Zdarza się, że czasem żałuję straconego czasu. Czasu, który zainwestowałam w nadziei, że efektem będzie coś pięknego. Ale w tym wszystkim nie żałuję żadnego poświęcenia dla miłości, jakiekolwiek ono by nie było.  

Miłość zawsze była moim paliwem do szukania rozwiązań, dawała energię do znoszenia przeciwności losu i jak przyprawa dodawała smaku życiu.

Miłość to mój najlepszy nauczyciel. Przede wszystkim nauczyła mnie, co tak naprawdę w życiu jest ważne, jak cenna jest i jak łatwo można ją stracić. Nauczyła mnie wytrwałości, empatii, troski, chęci bycia dla kogoś wsparciem, wiary w drugiego człowieka i w siebie, skłonności do refleksji i chęci zrozumienia, pokonywania swoich ograniczeń, pokazała mi prawdziwą wolność.
Wciąż uczy. 

Wszyscy sądzą, że miłość boli, ale to nieprawda. Samotność boli. Odrzucenie boli. Utrata kogoś boli. Zazdrość boli. Wszyscy mylą te rzeczy z miłością, ale w rzeczywistości miłość jest jedyną rzeczą na świecie, która przykrywa cały ból i sprawia, że ktoś znów potrafi poczuć się cudownie. Miłość jest jedyną rzeczą na tym świecie, która nie boli.
~Liam Neeson
Miłość niesie ukojenie i dotyka duszy. To jest jeden z tych cytatów, który w pigułce jasno i klarownie zawiera kwintesencję miłości.

W moim przypadku ramiona ukochanej osoby zawsze niosły ulgę i spokój. Przytulenie lepsze niż leki przeciwbólowe. Każda komórka ciała czuła, że pomimo wszystko jestem we właściwym miejscu i to jest to, co najcenniejsze. Nawet nie wiem, jak nazwać ten kojący spokój, bo każde słowa wydają się zbyt "małe". Organizm sam wiedział, co dobre. To dawało mi pewność, że idę dobrą drogą, pomimo lęku, obaw, własnej niedoskonałości. Taki życiowy kierunkowskaz.

Kochając, wiesz, że nieważne gdzie i jak, ale tak naprawdę ważne z kim.

Miłość jest piękna.

💝

Podróże marzeń


Nie pamiętam, kiedy po raz pierwszy zaczęłam marzyć o podróżach. Moja rodzina nie była podróżnicza, grono moich znajomych w sumie również nie.
Ale na studiach już czułam, że chcę odkrywać świat. Kiedyś. Wtedy wiedziałam, że finansowo i logistycznie jest to niemalże niemożliwe.

Cieszył mnie wówczas krótki wypad nad morze lub zwiedzanie większych miast podczas konferencji blogerskich.
Skrupulatnie odkładałam stypendium naukowe, odmawiałam sobie drobnych przyjemności i szukałam oszczędności, gdzie tylko się dało. Odkładałam po to, aby w końcu kiedyś ruszyć w świat.

Ale zawsze było coś ważniejszego - moi bliscy, ich potrzeby, moje obowiązki, wyzwania dnia codziennego, a nawet wybuchła pandemia. Zawsze coś, co krzyżowało moje plany lub inne priorytety.
Czy żałuję? Nie. Wiem, że byłam wtedy w tych miejscach i przy tych ludziach, przy których powinnam. Nie żałuję tych "straconych" lat spędzonych na podróżowaniu palcem po mapie.
Po prostu wciąż oszczędzałam, grosz do grosza, odmawiając sobie czasami nawet czekolady za 3 zeta. Wierząc, że nadejdzie ten czas. 

Końcówka roku 2021 roku była dość przełomowa, niespodziewanie z dnia na dzień zaczęłam mieszkać zupełnie sama. Po kilku tygodniach czułam, że to jest ten moment.

"A wtedy przyszedł maj..."

Był jeden z majowych dni, a ja już wiedziałam, że w te wakacje ruszę gdzieś w świat. Siedziałam z kumplem w Krakowie z lampką wina w dłoni, snułam moje marzenia. I wtedy padło zdanie "jedź ze mną jesienią do Azji na 3 tygodnie". Spojrzałam, jak na cielę malowane. Mój mózg przefiltrował tę informację i rzuciłam "Nie".

Ja, niemalże obcy facet, moje pierwsze zagraniczne wakacje i 3 tygodnie na innym kontynencie? Argumenty na "nie" mnożyły się w mojej głowie.

Moje wcześniejsze pomysły na podróże nie przekraczały granic Europy.

Ale to "nie" topniało jak lód na słońcu, z każdą chwilą, z którą stawaliśmy się sobie bliżsi. Wkrótce plany się wyklarowały. Listopad - tydzień w Jordanii, a jeśli będzie fajnie to po nowym roku trzy tygodnie w Azji.

Olałam moje wakacyjne wojaże, aby ograniczyć wydatki i z niecierpliwością czekałam na pierwszy wyjazd. Jarałam się jak pochodnia - pierwsze zagraniczne wakacje po tylu latach czekania. Taka przygoda.
Czas się zbliżał, a gdy tylko zagadywałam o termin, żeby ogarnąć urlop, odpowiedzią było: muszę ogarnąć swoje sprawy i pojedziemy.
Moja podróż skończyła się na czytaniu przewodnika. Nie pojechaliśmy do Jordanii. Ale miała być Azja. I znów identyczna sytuacja. Moje pytania na kiedy mam wziąć urlop, w końcu doczekały się odpowiedzi: nie chce z Tobą jechać, jadę sam.
Milion dram po drodze, aż w końcu miesiąc później wylądowaliśmy na tajskiej ziemi. Udało się! 💛 Chociaż nawet Pendolino próbowało zbojkotować ten wyjazd 😅 Ale na historię z tej podróży jeszcze przyjdzie czas, gdy w końcu ogarnę moje notatki z tego tripa.

To był specyficzny czas. Było wiele gorzkich chwil, które przeplatały się z słodkimi momentami. Mentalnie czułam jakby po 28 latach więzienia w końcu wyszła na wolność, otworzyła drzwi i zobaczyła świat.
Przeżyłam tam najpiękniejszy zachód słońca w życiu, popijając herbatę - wiecie jak trudno o ciepłą herbatę w Taj? 😅

Wróciliśmy do PL. A ja pierwsze, co zrobiłam, to zaczęłam tworzyć moją listę rzeczy, które chce zrobić przed 30-stką. 1,5 roku - 30 mierzalnych na swój sposób celów.

Numer 1: Azja 2.0

Wróciłam zakochana w Tajlandii. Pochłonięta czytaniem o nieodkrytym jeszcze Laosie. A pijąc kawę po wietnamsku w lokalnej kawiarni, pomyślałam, że fajnie byłoby skosztować jej w Wietnamie. Nawet kilka tygodni temu do moich rąk trafiła gazeta podróżnicza, a tam piękne krajobrazy z północnej Tajlandii, Kambożdża, Malezja.
Miliony pomysłów na niebanalną podróż. Konkretne miejsce niewybrane, ale kierunek wiadomy. Azja.

Nie minął nawet miesiąc od powrotu, a już przy piwie jagodowym śmialiśmy się, że pewnie w listopadzie będziemy na lotnisku w Hanoi.

Przekalkulowałam swój budżet, wprowadziłam poprawki do sposobu oszczędzania.
Hodowałam urlop, pracując całe lato, rezygnując nawet z wolnego weekendu urodzinowego (no, kto mnie zna, ten wie, że urodziny to mój priorytet 😅).
Siedziałam godzinami nad angielskim.
Zgłębiałam wiedzę z krajów sąsiadujących z Tajlandią.
Śledziłam każdego dnia loty, ich różne kombinacje, skuteczność. Skąd, kiedy, gdzie, za ile.
Ogarniałam kolejne szczepienia. Drobne zakupy.

Azja 2.0 - priorytet roku 2023. Projekt, który pochłonął mnie najbardziej w ubiegłym roku.

Czas płynął, a ja nie mogłam doczekać się jesieni.

Przyszła. Wraz z rozczarowaniem. Wciąż słyszałam "mam zapieprz w pracy" i wiedziałam, że tak naprawdę ten komunikat z jego strony oznacza: o urlopie mogę pomarzyć.
Ale czułam spokój. Wiedziałam, że nawet jeśli nie końcówka roku, to jego początek też będzie idealny.

Był listopadowy dzień, gdy przeczytałam: wyjeżdżam za tydzień, jadę sam.
Poczułam, jak moje marzenie pęka na kawałki, jak szklanka. Jakoś wzięłam się w garść i w akcie desperacji wrzuciłam na fejsa wpis, że szukam towarzysza/towarzyszki podróży na styczeń/luty.

On nie pojechał. Ja nie znalazłam towarzystwa na wyjazd. Spontanicznie wylądowaliśmy na 3 dni na Malcie.

Nowy rok tchnął nadzieję. Znów się pojawił i zapytał, co robię w marcu, bo szuka towarzyszki do Azji.
No właśnie. Nie styczeń, nie luty. W ciągu paru godzin stanęłam na głowie, żeby ogarnąć urlop na marzec. Sukces. Przez kilka, kilkanaście dni żyłam podróżniczą euforią. Do czasu aż usłyszałam: jadę sam i w lutym.
Déjà vu.
Znów weszłam na fejsbuczka i zaczęłam szukać towarzystwa na nowy termin. Bezskutecznie.

Tak, wiem, normalnie moda na sukces 🤦

Siedziałam w domowym zaciszu i topiłam się w swojej bezradności - czułam, że zrobiłam wszystko, co mogłam, aby przygotować się na wyjazd i aby znaleźć sobie towarzystwo. Dzień po dniu czułam, jak energia ze mnie ulatuje, jak bardzo zderzyłam się z rzeczywistością.

Znów rozmawiamy, dowiaduje się, że ma lot za 9 dni. I wtedy pada pytanie: lecisz ze mną?
Szczerze mówiąc nie wiedziałam, czy mam się śmiać, czy płakać, czy po prostu jestem w ukrytej kamerze.

To, co poczułam jednak zaskoczyło nawet mnie. Spodziewałam się raczej po sobie jakiejś irytacji, tymczasem uświadomiłam sobie, jak bardzo jestem gotowa na tę podróż. I bez względu na to, jak skomplikowana ścieżka do niej prowadziła.

Napisałam nieśmiałe "chciałabym", w międzyczasie przewróciłam do góry nogami swoje życie kombinując z urlopem, jak koń pod górkę. Ogarnęłam. Zmieniłam "chciałabym" na "chce i mogę". Czułam, że termin jest tak bliski, że już nic złego nie może się wydarzyć.
24h: 13h poza domem z powodu pracy, krótki sen, pierwsze pakowanie plecaka, lista rzeczy do kupienia, prawie zabukowałam bilet. Byłam tak bliska swojego marzenia, jakbym dotykała już coś opuszkami palców.

I wtedy pojawia się wiadomość: jednak chce jechać sam.

Tyle razy już to przeżyłam, że przecież nie powinno mnie to dziwić. Powinnam się już do tego przyzwyczaić.
Zaniemówiłam. Poczułam dogłębną pustkę. Zalałam się łzami i tak płakałam przez kilka godzin w pracy. Do tego stopnia, że obcy ludzie podchodzili i pytali, czy chce się przytulić.
Tamtego dnia moje skrzydła się połamały, ja rozpadłam się na milion drobnych kawałków.

Uświadomiłam sobie, jak długo potrafiłam znosić taki chaos w imię swojego marzenia, że równie dobrze jestem w stanie zaryzykować swoim życiem i pojechać solo.

Co to za życie - czekanie aż ktoś nagle się pojawi z podobnymi planami? Mam czekać sto lat na księcia na białym koniu, jak ta uwięziona w wieży śpiąca królewna?

No kurde... nie.

Zbyt wiele serca i czasu włożyłam w prawie rok przygotowań. Myśl o tym wyjeździe dodawała mi otuchy w słabsze dni. To miał być wyjątkowy rok.

Marzę o azjatyckim Pad Thai'u z krewetkami. Ciężarze plecaka na plecach. Zachwycie nad naturą. Gdzieś kiedyś przeczytałam: raz pojedziesz do Azji, to przepadniesz i będziesz chcieć wracać.
To prawda. A przynajmniej w moim przypadku.

Więc postanowiłam, że zrobię to sama. Przygotuje się najlepiej, jak potrafię. Skleję moje skrzydła, poskładam te miliony drobnych kawałków w całość zwaną JA. Wiecie, szara taśma, trytytki. I w ciągu tych kilku tygodni zbiorę się i pojadę.

Jestem introwertykiem.
Jestem wysoko wrażliwa.
Gdy mam coś załatwić, to układam sobie w głowie i powtarzam x razy to, co mam powiedzieć.
Nie jeżdżę samochodem, skuterem.
Prawie nie umiem angielskiego.
Wiem, że Azja nie jest bezpieczna dla kobiet. Wiem, że mogę nie wrócić.
I boję się, cholernie się boję.

Ale postanowiłam, że zrobię wszystko, aby tej wiosny spełnić to marzenie.

Na Malcie zostawiłam swoją blogową naklejkę. Cytat, który towarzyszy mi od połowy życia.

 

Przyszłość należy do tych, którzy wierzą w piękno swoich marzeń.
~Eleanor Roosevelt

Droga potrafi być naprawdę wyboista, ale może właśnie w tym tkwi całe sedno? Aby się nie poddawać i wierzyć w to, co wartościowe. Czy uda mi się spełnić marzenie? Nie wiem, ale spróbuję. Każda historia czegoś uczy. I każdy z nas z czymś się zmaga. Moja droga do marzeń nie jest jakaś wyjątkowa, każdy toczy swoją bitwę. Nie na wszystko mamy wpływ.
W gruncie rzeczy... życie jest na swój sposób proste i pomimo wszystko trzeba być dobrej myśli, z nadzieją patrzeć w przyszłość 💛

Poweekendowe myśli ulotne


W kolejce czeka kilka innych wpisów, ale czuję ogromną potrzebę, aby zachować pewne ulotne myśli 💛

Niemalże cały styczeń przesiedziałam sama w domu, ale dla odmiany luty zaczął się od miłych spotkań. Gorąca czekolada na gliwickim rynku, wyjazd od Wrocławia - proste, ale bardzo potrzebne dla mnie chwile. Zwykła rozmowa potrafi dać to, czego człowiek sam sobie nie jest w stanie zapewnić i inspiruje do przemyśleń.

Miłość składa się z drobiazgów. 

Z chęci bezinteresownej troski o drugą osobę.

Z bycia obok wtedy, gdy dzieje się coś ważnego dla ukochanego człowieka.

Gdy kogoś kochasz, robisz wszystko, aby sprawić uśmiech na twarzy tej osoby.

Gdy choruje, nie wyobrażasz sobie być gdzieś indziej niż tuż obok.

Gdy potrzebuje wsparcia, przytulenia, żadna odległość nie jest przeszkodą, po prostu nie ma nic ważniejszego niż bycie przy tej osobie.

Czujesz jej ból i chcesz się nim zaopiekować.

Chcesz z tą osobą dzielić najpiękniejsze chwile, wydarzenia i miejsca.

Widok ukochanej osoby cieszy, a jej obecność niesie ukojenie i spokój. 

Fundamentem jest szczerość. Gdy kogoś kochasz, nie chcesz tej osoby oszukiwać, bo to Twój najlepszy przyjaciel.

Wiesz, że ktoś Cię kocha, gdy uśmiecha się na Twój niespodziewany widok i czujesz, że jesteś częścią jego świata.

Obecność, szczerość i troska. Niewymuszona. Płynąca z głębi serca.

Szczerze? Wiem. To nic odkrywczego. Takie oczywistości. Ale wzrusza mnie to do głębi, gdy słucham takich historii z życia. Miłość, taka prawdziwa, jest piękna w swej prostocie.

Naszą najbardziej podstawową potrzebą emocjonalną nie jest zakochanie się, ale bycie rzeczywiście kochanym przez inną osobę, doświadczenie miłości, której źródło stanowią rozum i wolny wybór, nie zaś instynkt.
~ Gary Chapman

Bycie Mamą jest trudne. 

Taką Mamą przez duże "M", zaangażowaną, uważną, czułą, świadomą. Dzieci mają ogrom energii, a dorosły tę energię musi dzielić pomiędzy pracą, obowiązkami, a wychowaniem.

W weekend miałam okazję obserwować pewną mamę i jej córkę. Chciałabym być taką matką.

Te obserwacje uświadomiły mi też, jak bardzo chce być mamą, pomimo tego oczywistego trudu i poświęcenia. Założenie rodziny zawsze było moim marzeniem. Takiej prawdziwej rodziny i ciepłego domu, pełnego zrozumienia, obecności i wsparcia.


Ludzie w życiu są najważniejsi

Przyjaciele - rodzina, którą sami wybraliśmy 🧡 

Gdy wracałam pociągiem z Wrocławia słuchałam pewnego nagrania - wynikało z niego, że w trudnych chwilach raczej nie chcemy słuchać, że wszystko będzie dobrze. To nie zawsze może być prawdą i mamy tego świadomość. Potrzebujemy usłyszeć "będę przy Tobie". Według badań to właśnie jest najbardziej wspierające zdanie, które dodaje otuchy. Świadomość, że nie jest się samemu.

Kochaj ludzi, którzy dobrze Cię traktują i współczuj tym, którzy nie potrafią.
~ Anna Przybylska

Lepiej być samemu niż w relacji z kimś, kto tylko daje nam złudzenia. Realny brak wsparcia i obecności, boli dotkliwiej, gdy czujesz rozczarowanie kimś, kto jest najbliższy Twojemu sercu.

Dobranoc💝

Odwiedziny w ostatnie 30 dni

Zapoznaj się z aktualną Polityką Prywatności bloga Sercem & Pasją pisane Marzenia.
Korzystanie z bloga i pozostawienie komentarza jest jednoznaczne z zaakceptowaniem tej Polityki Prywatności.